Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa VIII – relacja

Tegoroczny Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa to już historia. Renoma największej w Polsce imprezy piwnej w ubiegłym roku została nieco nadszarpnięta przez różne okoliczności. Czy udało się zatrzeć złe wrażenie?

CO SIĘ DZIAŁO?

Swoją relację ograniczę do soboty, która była drugim dniem festiwalu. Wszystko ruszyło w samo południe, ale po 14 nad wrocławskim stadionem przeszła ulewa i kiedy ustała, wszystko trzeba było rozkręcać od nowa. Zaczęło się od „koncertu premier”. Czwórka blogerów (Docent, Jerry Brewery, Mason z małżonką) poddawało surowej ocenie sześć premierowych piw różnych browarów (Nepomucen, Profesja, Piwoteka & Golem, Widawa, Birbant & Solipiwko, Świdnica). Pomysł naprawdę fajny i aż szkoda, że deszcz przetrzebił widzów pod sceną, bo ten punkt programu zdecydowanie zasługiwał na większą uwagę (choć przyznam, że niektórzy jurorzy mogli bardziej wejść w konwencję i mocniej docisnąć pedał zgrywy).

wrocławski festiwal dobrego piwa
Towarzystwo blogierstwo ocenia

Potem nastąpiło wręczanie nagród za najlepsze piwo poprzedniej edycji, a po chwili rozstrzygnięcie konkursu filmowego Piwna rewolucja. Twórcy musieli w maksymalnie trzyminutowym filmie odnieść się do boomu na piwa rzemieślnicze. Może trochę niezręcznie będzie mi oceniać trzy zwycięskie propozycje, bo sam wziąłem w konkursie udział, ale przyznam, że spodziewałem się czegoś lepszego. Owszem, laureaci musieli mocno napocić się nad swoimi filmami (chodzi głównie o montaż), ale żaden z filmów nie bazował na pomyśle, który by mnie kupił. Wszystkie były grzeczne i na swój sposób oczywiste (przekaz, że było smutno i każdy pił Żubra, ale przyszedł Atak Chmielu, wszystko się zmieniło i teraz jest super).

Według mnie na nagrodę zasłużył ten film Janusza Mocarskiego. Co prawda to formuła gadających głów, ale całość jest bardzo profesjonalna, ładnie zmontowana, autor musiał się nachodzić. Wyobrażam sobie, że ten spocik mógłby bez wtydu być wyświetlany w telewizji czy w kinie (oczywiście gdyby nie nasze prawo). Najwyraźniej film przepadł, bo Janusz jest już dość rozpoznawalną postacią w światku piwowarskim, był jedną z twarzy zeszłorocznej Kuźni Piwowarów i zapewne jurorzy nie chcieli stwarzać wrażenia, że nagradzają swoich.

Mój film był pastiszem programów Bogusława Wołoszańskiego i przepadł zapewne dlatego, że kręcony był na jednym statycznym ujęciu. Cóż, na więcej nie miałem czasu – pod względem filmowego rzemiosła to rzeczywiście trochę bieda, ale jestem zadowolony, że w ogóle wcieliłem swój pomysł w życie (podziękowania dla Moniki za pomoc). Ogólnie pomysł z konkursem filmowym jest wart doskonalenia. Ludzie zobaczyli, że poziom nie był w tym roku najwyższy (nie powala różnież liczba zgłoszeń) i być może rzucą się do kamer przed następną edycją.

Potem na scenie były jakieś konkursy wiedzy, a następnie talk show Tomka Kopyry, ale poszedłem w stoiska i nic nie słyszałem. A o 19 swój występ rozpoczął zespół Dr Misio. I to był strzał w dziesiątkę! Moje pojęcie o tej grupie nie wykraczało dotąd poza szum wokół niedoszłego festiwalu opolskiego. Arek Jakubik (występował ze skręconą nogą) z kolegami naprawdę dali czadu i aż szkoda było opuszczać teren pod stadionem w koncertu (wzywał niestety mecz Polska – Rumunia).

CZY BYŁO DOBRZE?

Tyle relacji, a teraz trochę opinii. Trzeba przyznać, że po zeszłorocznych narzekaniach browarów organizatorzy postarali się, by stanowiska rozmieszczone były z głową i by nikt nie był poszkodowany już na starcie. Oczywiście zdarzały się kolejki dłuższe niż przeciętna (np. Stu Mostów, Profesja), nie widziałem zaś, by któreś stanowisko świeciło szczególnymi pustkami. Ale to oczywiście tylko optyka, browary same ocenią opłacalność przedsięwzięcia i zobaczymy, czy pojawią się za rok.

wrocławski festiwal dobrego piwa
Kolejka do Profesji

Food trucków było sporo, problem jednak w ich różnorodności (w ogromnej większości burgery i frytki). Było w ubiegłym roku trochę narzekań na stoiska niepiwne (kosmetyki, rękodzieło, chleb ze smalcem). Tym razem były na tyle niezauważalne, że absolutnie nie przeszkadzały (a widziałem, że przedstawiciele browarów sami posilali się pajdami ze smalcem). No i słowa uznania za otworzenie trybuny stadionu.

Ogromnym plusem festiwalu jest to, że nie ogranicza się z ofertą do ortodoksyjnych kraftowców. Obecność mniej lub bardziej znanych browarów regionalnych oraz restauracyjnych sprawiła, że coś dla siebie znaleźli ci, dla których piwa rzemieślnicze są zbyt trudne lub drogie albo zwykli pijacze osławionego złocistego trunku. I choć w wielu przypadkach po samym wyglądzie można było ocenić z którą grupą docelową mamy do czynienia, to ich przedstawiciele raczej nie odnosili się do siebie wrogo. Ważne, że również piwowarzy domowi dostali na festiwalu sporo miejsca i możliwości zaprezentowania swoich dokonań.

Ciekawym pomysłem był alkomat. Ja sobotę kończyłem z wynikiem 0,33 promila (ale najlepiej badać się godzinę po zaprzestaniu picia), piątkowy rekordzista miał podobno 2,6… Przyczepić muszę się niestety do festiwalowego informatora, który dołączano do zakupionego szkła. To szlachetne, by zaznajamiać ludność z poszczególnymi stylami, ale ich dobór w książeczce jest co najmniej dziwaczny. Zabrakło APA, witbiera, porterów czy berliner weisse (przedstawicieli tych stylów było na festiwalu co nie miara), za to rozmaitym koźlakom poświęcono aż pięć stron.

Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa jest fajny. Nie nadęty, a jednocześnie niezbyt jarmarczny. Dla każdego. Napisałbym, że wrócę tam za rok, ale prawdopodobnie będę wtedy na ostatniej prostej przygotowań do ślubu. Cóż, może więc jubileuszowa edycja za dwa lata…

A w czwartek zamieszczę swoje opinie o wypitych na festiwalu piwach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *