Wrężel i Harpagan przyjazne piwowarom domowym

Każdy początkujący piwowar domowy, jakiego znam (czyli ja), zmaga się z problemem deficytu butelek. Moce przerobowe gardła (czy raczej portfela) nie są na tyle duże, żeby samemu sobie flaszki zapewnić. Z kolei jak zbierzesz butelki od wielu znajomych, to wszystkim będziesz musiał się domowym piwkiem odwdzięczyć i nic dla Ciebie nie zostanie. Zbieranie spod śmietnika pustych butelek po kasztelanie wydaje mi się podejrzane moralnie, bo w pozbawiam tym grosza osiedlowych zbieraczy.

Tym niemniej udało się jakoś zgromadzić te kilkadziesiąt flaszek na pierwszą warkę. I co dalej? Trzeba ogołocić z etykiet. Naczytałem się o sprawdzonych magicznych sposobach na ich usuwanie, by w końcu użyć chłopskiego rozumu – woda do garnka, na palnik i trzymam butelki nad parą, żeby etykiety poodchodziły (gaz jest w czynszu i przynajmniej do 2030 roku zabraknąć go nie powinno). Idzie bardzo szybko, choć najlepiej czyścić butelki na bieżąco, a nie zostawiać czterdziestu na jeden rzut. Dobrze też połączyć czynność choćby z gotowaniem ryżu czy ziemniaków.

Większość etykiet (w niektórych piwach zdarzały się też kontretykiety i krawatki) odchodziło całkiem sprawnie. Były to piwa z browarów Birbant, Brokreacja, Fortuna, Gentleman, Golem, Kormoran, Nepomucen, PiwoWarownia, Profesja, Rockmill, Widawa. Problemu też nie było z butelkami dostanymi (po książęcym, nałęczowskim, trybunalskim, żywcu i kasztelanie).

Ale kilka browarów trzeba jednak wyróżnić. Przede wszystkim negatywnie. Jako lublinianin piszę o tym z ciężkim sercem, bo bardzo namęczyłem się przy czyszczeniu butelek z lokalnych browarów – Dziki Wschód i Browar Zakładowy. W pierwszym przypadku papier odchodził małymi kawałeczkami, nawet mimo silnego podgrzania. Z kolei etykiety butelek z Zakładowego odeszły łatwo, ale na flaszkach pozostał niemal cały klej, wyjątkowo parszywy. Kierowany patriotyzmem lokalnym postarałem się jednak o usprawiedliwienie dla chłopaków z Poniatowej. A nawet dwa. Po pierwsze, nawet po kleju widać, że jak się już za coś biorą, to wychodzi porządnie. Po drugie, ich etykiety są tak ładne, że nie powinno się nawet pomyśleć i ich zrywaniu.

Ale to nie koniec, bo był browar, który skumulował oba te mankamenty – odrywający się na drobno papier i mocarny klej. To SzałPiw. Szanuję ich piwa i z pewnością wciąż będę kupował. Po prostu w przypadku poznańskiego browaru wysiłek włożony w oczyszczenie jednej butelki przekracza uzyskany efekt. W sensie: jeśli oczyszczę jedną butelkę, męcząc się przy tym i klnąć siarczyście, to wciąż będę miał tylko jedną butelkę. A butelki miałem dwie (po Szczunie i Kociambrze).

harpagan etykiety

Na drugim biegunie jest zaś Browar Wrężel, który niniejszym obwołuję browarem najbardziej przyjaznym piwowarom domowym. Etykiety z Tropical Imperial IPA oraz  Misia Wojtka odeszły w jednym kawałku i praktycznie z całym klejem. To już drugi duży plus dla Wrężela w ostatnim czasie – po zmianie szaty graficznej etykiet. Na duży plus muszę zaliczyć też butelkę od browaru Harpagan. Papier i klej przypominają te stosowane na koncerniakach, więc odchodzą bez żadnego problemu (dodam, że Imbryczek Destrukcji jest świetną propozycją dla miłośników herbaty w piwie). Słowem, piwowarzy domowi – pijcie Wrężela i Harpagana.

A jakie Wy macie sposoby na etykiety?

PS. Ja wiem, że najłatwiej byłoby kupić nowe butelki, ale nie ma w tym za grosz romantyzmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *