Policja? Proszę przyjechać do Internetu

Pod koniec zeszłego roku Kopyr wieszczył, że proponowany wówczas przez posłów zakaz spożywania alkoholu w miejscu publicznym sprawi, że vlogerzy degustujący piwo na jutubie będą sprzeniewierzać się ustawie o przeciwdziałaniu alkoholizmowi i wychowaniu w trzeźwości. I że może to być dla nich początek końca. Zamieściłem wówczas polemikę, pisząc otwarcie, że Kopyr panikuje. Dziś chyba powinienem wejść pod stół i odszczekać, bo zdaje się, że czarny sen najpopularniejszego piwnego vlogera może się spełnić…

Stać się może tak nie dlatego, że ustawa sama z siebie z dnia na dzień stała się silniejsza. Nie. Po prostu kilka dni temu Sąd Najwyższy, rozpatrując zupełnie inną sprawę, orzekł, że Internet jest… miejscem publicznym. Nie ma u nas co prawda prawa precedensu, ale być nie musi, bo z postanowieniami SN jest u nas tak, że są w orzecznictwie brane pod uwagę raczej bez szemrania.

O co chodzi? Wyjaśniam. Pamiętacie tych groteskowych chłoptasiów, co to w mundurach SS świętowali w lesie urodziny Hitlera przy torcie ze swastyką z prince polo? Pewnie, że pamiętacie, bo tego zapomnieć się nie da. Byli związani ze stowarzyszeniem Duma i Nowoczesność, które dwa lata temu na swojej stronie internetowej umieściło serię dennych obrazków w stylu „zakaz pedałowania”. Lider DiN dostał zarzut umieszczania w miejscu publicznym nieprzyzwoitych treści. W kwietniu 2017 r. Sąd Rejonowy uznał, że treści – owszem – nieprzyzwoite są, ale nie umieszczono ich w miejscu publicznym. Postępowanie umorzono.

I tu cały na biało wkroczył Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, który wniósł kasację, tłumacząc, że panie dzieju, ten internet to nie tylko pliki, ale to taka przestrzeń ogólnie dostępna, więc miejsce publiczne jak w mordę strzelił. No i w tym tygodniu Sąd Najwyższy przyznał mu rację. Sprawa wróci teraz do Sądu Rejonowego, który będzie musiał uwzględnić stanowisko SN. Brawo! Państwo Polskie odniosło spektakularne zwycięstwo nad faszyzmem!

Więcej o sprawie przeczytacie tutaj.

Tak naprawdę decyzja Sądu Najwyższego nie mogła być inna. Skoro przez ponad trzydzieści lat funkcjonują u nas ustawy pisane w stanie wojennym (nie tylko alkoholowa; również choćby prawo prasowe, z którego dopiero w tym roku wykreślono np. przepis o tym, że redaktorem naczelnym nie może być osoba skazana za zbrodnie przeciw PRL!), to dlaczego od szacownych sędziów Sądu Najwyższego mamy wymagać skumania tego, czym jest Internet?

Za nieco żenujące uważam angażowanie tak poważnych instytucji jak Rzecznik Praw Obywatelskich do temperowania jakichś śmiesznych gości, którzy i tak lada dzień będą zdelegalizowani. Walka ze znaczkiem „zakaz pedałowania” w rynsztoku zwanym Internetem? Trochę syzyfowa praca. Myślę, że Adam Bodnar równie dobrze mógłby zająć się tym, że w kiblu na stacji benzynowej przy autostradzie A2 ktoś wydrapał na ścianie obelgi pod czyimś adresem. A mówiąc poważnie, to fajnie, że burak dostanie prztyczka za treści, które zamieszcza w sieci, ale fajnie byłoby, gdyby Rzecznik zastanowił się, jakim kosztem się to odbyło i jakie ta decyzja Sądu Najwyższego może mieć konsekwencje (związane nie tylko z degustowaniem piwa).

W sumie to nawet chciałbym, żeby jakiś szaleniec z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych zaczął ciągać vlogerów piwnych po sądach. Środowisko piwne z pewnością nie odmówiłoby im pomocy, byłby niezły medialny cyrk, przy okazji promocja piwa oraz szansa na jeszcze głośniejsze wykrzyczenie, jak bardzo szkodliwa jest ustawa, która funkcjonuje od kilku tygodni. Naturalnie w tak ekstremalny scenariusz nie wierzę, ale z drugiej strony jeszcze niedawno nie śniło mi się o tym, że dołek pod vlogerami piwnymi może wykopać jakże egzotyczna koalicja złożona z pisowców, nazistów, Adama Bodnara i Sądu Najwyższego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *