Piwne sztosy jak filharmonia

Stanisław Tym w swoim programie East Side Story tłumaczył kiedyś, co to jest estrada. Estrada, powiadał, występuje wtedy i tylko wtedy, kiedy muzycy występujący na scenie są pijani. Dalsza część wykładu brzmiała mniej więcej tak:

Nie należy tej sytuacji mylić z inną, trochę podobną. A mianowicie taką, kiedy ci, którzy występują, są pijani i ci, którzy ich słuchają, też są pijani. Bo to wtedy jest dansing. Zachodzi również trzecia ewentualność. Polega ona na tym, że ci, którzy występują, są trzeźwi, a widzowie są pijani. To w Polsce często występuje i nazywa się mecz ligowy piłki nożnej. No i oczywiście byłbym nieuczciwy, gdybym pominął czwartą ewentualność. Ona teoretycznie jest możliwa, ale występuje bardzo rzadko. Otóż mowa tu o sytuacji, kiedy występujący są trzeźwi i ci, którzy ich słuchają, też są trzeźwi. Jak powiedziałem, teoretycznie jest to możliwe, natomiast jeśli taka sytuacja występuje w praktyce, to to się wtedy nazywa filharmonia. Ale to jest siłowo utrzymywane. To są grube miliony wyrzucane w błoto. Statystyczny Polak chodzi do filharmonii raz na 65 lat, a niestatystyczny w ogóle nie chodzi.

Czemu w ogóle przytaczam te słowa? Bo z filharmonią kojarzą mi się ciemne, mocne piwa leżakowane w beczkach (lub wymrażane), czyli tak zwane piwne sztosy. Imperium Prunum, Porter Jubileuszowy, piwa BA od Doctor Brew, Kord, Samiec Alfa, Lodołamacz, Królowa Lodu, trzy wersje Buby Extreme, Lilith BA, Chateau, Baltic Abyss… Jeśli ktoś spróbował wszystkich tych piw, to albo jest bardzo obrotny, albo nienormalny.

piwne sztosy

Naturalnie przyjmuję do wiadomości istnienie melomanów, których muzyczne gusta wykuwają się jedynie z filharmoniach i operach. Ale to dosłownie ułamek. Większość z nas słucha na co dzień muzyki z innego świata, a wyjście do filharmonii zdarza mu się rzadko. Natomiast kiedy się już zdarzy, podniosłość tej chwili jest niebagatelna. Wyciągamy z szafy najlepszy garnitur i przed wyjściem upewniamy się cztery razy, czy aby na pewno mamy czyste buty. By się nie spóźnić, zamawiamy taksówkę (jak luksus to luksus!). Patrzymy na artystów pełni podziwu, bo dla nas – zwykłych słuchaczy Kultu, Beyonce czy Akcentu – wirtuozi oboju czy altówki są jakimiś nadludźmi. Raz na jakiś czas dają nam bowiem duchową strawę zgoła inną od tej, do której przywykliśmy. Jednym słowem, dajemy się im odchamić.

Ale czy chcielibyśmy obcować wyłącznie z taką muzyką? No chyba nie. Z czasem zaczęłaby nas nieco nużyć, by w końcu stać się zupełnie obojętną. To dlatego nie lecimy z wywalonym jęzorem do kas biletowych, kiedy tylko rzucą bilety na występ Konstantego Andrzeja Kulki, Airi Suzuki czy nawet zwykłej miejskiej orkiestry symfonicznej.

Dlaczego więc za ekstraordynaryjnymi piwami uganiamy się jak głupi? Nie wiem, ale sami zrodziliśmy patologiczną sytuację, w której rzemieślnicy za punkt honoru stawiają sobie wypuszczenie sztosa. Choćby im się to nie kalkulowało, choćby nie mieli odpowiednich warunków w browarze, choćby im się nawet nie chciało, to piwo z beczek trzeba wypuścić. Bo choć spróbuje go tylko garstka chętnych, to stworzy się pozytywne (choć nie zawsze) zainteresowanie danym browarem.

Ale my nie musimy pić sztosów co tydzień! Tak jak nie każdego dnia na obiad jest wołowina argentyńska. Nie chodzi o to, by sztosy trzymać w piwnicy i otwierać tylko, kiedy urodzi nam się dziecko. Chodzi o to, by pić je, kiedy mamy ochotę (przy jednoczesnym uwzględnieniu portfela). Trudno mi uwierzyć, że ochota na piwa barrell aged jest u beergeeków ciągła i nieustająca. A poza tym, leżakowanie w beczkach albo wymrażanie nie musi wcale gwarantować nadzwyczajnych efektów. Trzymając się analogii muzycznej, nie każda gwiazda muzyki popularnej poradzi sobie z występem w gmachu Filharmonii Szczecińskiej. A jakie browary i piwa mam tu na myśli, to już dopowiedzcie sobie sami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *