Kamień nerkowy detektorem piwnych januszy

Nigdy w swoim świadomym życiu nie byłem w szpitalu. Nie mówię tu rzecz jasna o odwiedzinach, ale o sytuacji, w której to ja byłem pacjentem. Ostatnio hospitalizowano mnie jako dziesięciomiesięcznego bąbla, a potem – wszelkie stworzenie Pana Boga chwali – takiej konieczności już nie było. W zeszłym roku jednak zaczęły mi dokuczać bóle po prawej stronie dolnej części pleców. Pierwsza myśl? Kamień nerkowy. Szybkie badania (krew, mocz, usg) nic nie wykazały. Jestem zdrowy. To świetnie się o czymś takim dowiedzieć, ale jak bolało, tak boli. Tułałem się po różnych lekarzach różnych specjalności, powtarzałem badania. I nic.

Aż do stycznia tego roku, kiedy zaatakował mnie tak silny ból, że karetka zabrała mnie na izbę przyjęć. Krew, mocz, kroplówka, trochę czekania na usg, dla pewności jeszcze rentgen i już wiadomo… Kamień nerkowy. Tadaaam!

kamień nerkowyNie chcę się pastwić nad specjalistami bezskutecznie diagnozującymi mnie przez długie miesiące. Chcę poruszyć piwny aspekt tej przykrej zdrowotnej przypadłości. Nikogo chyba nie zdziwi, że terapia kamicy nerkowej wszystkim kojarzy się ze żłopaniem piwska. Bez krępacji zalecają je nawet lekarze. To jest zresztą dramat beergeeka. Chciałoby się pić więcej niż do tej pory (w końcu zdrowie jest najważniejsze), ale leczenie się codziennie trzema butelkami kraftów nie odbije się dobrze na domowym budżecie. Z kolei na picie dużych ilości perełki lub leżajska też nie mam ochoty (choć jak mówią, skuteczne lekarstwo nie może być smaczne). Co robić? Jak żyć?

Niestety, hasło „kamień nerkowy” potrafi wywołać u rozsądnych skądinąd ludzi objawy skrajnego klinicznego januszyzmu. Słowem, gdybym przez ostatnie miesiące dostawał złotówkę za usłyszenie jednej śmieszkowej uwagi o piwie w kontekście mojego zdrowia, z pewnością mógłbym sobie kupić na czarnym rynku butelkę Buby Extreme.

Przykładowo: Musisz przejść na dietę piwną. Albo: Oj, to możesz dużo piwka pić, fajnie ci. Względnie: Tylko żebyś od tych kamieni w alkoholizm nie popadł, hehe. Takie żenujące gadki słychać na każdym kroku, zupełnie jakby ich autorzy nie kumali, że mówią do osoby chorej i (momentami) cierpiącej. Zróbmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie, że użycie marihuany do celów medycznych jest wreszcie w Polsce legalne. Zdaję sobie sprawę, że mój ból przy ataku kamienia – jakkolwiek cholernie nieznośny – jest pestką w porównaniu do bólu odczuwanym przez osoby cierpiące na nowotwory. Chodzi jednak o januszowe myślenie. Mianowicie… Czy za ostatniego chama i idiotę nie byłby uznany śmieszek, który do pacjenta onkologicznego powiedziałby: O, tobie to fajnie, możesz se jarać blanty na legalu

Dlatego wszystkim żartownisiom odpowiadam zbiorczo. Owszem, mogę pić dużo piwka. Mogę, bo jestem wolnym człowiekiem. Jak urodzę kamień, to z picia nie zrezygnuję. Nie życzę wam ataku kamienia, bo kiedy po półtorej godzinie leki rozkurczowe zaczną wreszcie działać, to nie będziecie mieli ochoty nie tylko na piwo, ale na cokolwiek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *