„Jeden z dziesięciu” – jak piwo pozbawiło mnie szans

Był kwiecień 2011 roku, kiedy wystartowałem w teleturnieju Jeden z dziesięciu. I choć doszedłem do finału, to do dziś czuję, że tamten występ był kompromitacją. W czerwcu stanąłem do rywalizacji po raz drugi. I choć tym razem się już nie zbłaźniłem, to do finału nie wszedłem. A wszystko przez moje zamiłowanie do piwa…

jeden z dziesięciu
Zdjęcie sprzed sześciu lat. Ja (po lewej) w za dużej koszuli.

Po kolei. Sześć lat temu byłem jeszcze studentem. Mieszkałem (i nadal mieszkam) w Lublinie, czyli w mieście, w którym Jeden z dziesięciu jest nagrywany. Wobec czego poinformowano mnie na eliminacjach, że gdyby jakiś uczestnik się nie stawił, to będą dzwonić i ściągać mnie w ekspresowym tempie. Tak też się stało. Wpadam z językiem na brodzie, ekspresowy makijaż i można nagrywać (nie spodobała im się tylko moja koszula, dali mi w zamian jakąś dyżurną telewizyjną, o kilka numerów za dużą)…

Z pierwszego i drugiego etapu niewiele pamiętam, ale udało mi się zachować jedną szansę mimo dość dużej liczby pytań. W najpierw wyłożyłem się na pytaniu o imię dziewczynki, która doznała objawienia w Lourdes. W kulminacyjnym momencie miałem 91 punktów i jednego rywala. I dałem plamę przy pytaniu, na które odpowiedziałby każdy przedszkolak. Wygrał stres, zmęczenie, pośpiech, pewność siebie? Wszystko po trochu. Doskonale znałem odpowiedź, ale – jak to ładnie określiła jedna z moich konkurentek – nagle usłyszałem jak moje usta mówią zupełnie coś innego niż chciałem. Zostałem dobity pytaniem z fizyki i zwycięstwo uciekło jak sen złoty.

Od tamtej pory powtórny występ w teleturnieju Jeden z dziesięciu stawał się powoli moją obsesją. Musiałem odczekać cztery lata. W końcu wybrałem się na eliminacje, potem wielomiesięczne czekanie na nagranie i pod koniec czerwca wielki dzień.

Wylosowałem stanowisko pierwsze, co niespecjalnie mi się spodobało. Słusznie, bo byłem najlepiej widoczny dla wszystkich graczy. Pierwszy etap poszedł jak z płatka. Drugi też zacząłem od dobrej odpowiedzi. Ale potem zaczęły się schody. Pytanie muzyczne. Marsz Mendelssohna i pytanie: częścią jakiego dzieła jest ten utwór? Chodziło o suitę Sen nocy letniej. Pierwsza szansa poszła. Potem znów jakaś dobra odpowiedź, a następnie wpadka na pytaniu o patrona jednego ze stołecznych teatrów. Później morale na chwilę zostało podreperowane kolejną trafną odpowiedzią.

Ale na koniec nadeszło pytanie z historii Polski: za panowania którego króla powołano w Polsce Komisję Morską? W umyśle czarna dziura. Tadeusz Sznuk kończy czytać: miało to miejsce w szesnastym wieku. Tak się tą podpowiedzią podnieciłem, że wypaliłem przedwcześnie: Olbrachta!

O głupi ja! Po pierwsze, Jan Olbracht w szesnastym wieku żył i panował jedynie przez pół roku. Po drugie, każdemu normalnemu człowiekowi wiek szesnasty kojarzy się najbardziej z Zygmuntem Starym i Zygmuntem Augustem (to właśnie ten ostatni Komisję Morską powołał). A Jan Olbracht?! Przecież nikt takiego króla nie pamięta, jeśli nie liczyć rymowanego przysłowia, dość upraszczającego historyczną prawdę.

Stąd już tylko kroczek do stwierdzenia, że gdyby nie zainteresowanie piwowarstwem i piwem rzemieślniczym, miałbym większe szanse na prawidłową odpowiedź. Tymczasem nazwa Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy wwierciła mi się w świadomość tak mocno, że z pewnością miała wpływ na tak odruchową i nieprzemyślaną odpowiedź.

Nic to. Mam nadzieję, że Jeden z dziesięciu nie zejdzie z anteny jeszcze przez długi czas. Życzę panu Tadeuszowi dużo zdrowia, tak żebyśmy spotkali się kiedyś po raz trzeci. Dodam, że emisja odcinka z moim udziałem zaplanowana jest na 15 września. Najpewniej seans umilę sobie jakimś piwem z Browaru Rzemieślniczego Jan Olbracht…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *