Dry stout – ubogi krewny w piwnej rodzinie

Odkąd właściciele pubów w naszym kraju zorientowali się, że na Dniu Świętego Patryka też się da zarobić, 17 marca został w Polsce oficjalnym dniem żłopania lagera z ludwikiem. Nie rozdzieram szat z tego powodu. Kto ma się napić dobrego piwa, ten się go napije. Irlandzkie święto skłoniło mnie jednak do zastanowienia się, dlaczego tak trudno w Polsce o dobrego dry stouta. A wręcz: dlaczego w Polsce tak trudno o dry stouta w ogóle?

Lubię dry stouty, choć oczywiście musiałem do tego dorosnąć. W czasie studiów dużo czasu spędzałem w lubelskim pubie Karuzela, który dziś już nie istnieje. Niestety, bo z wielu powodów go uwielbiałem. Lokal miał umowę z GŻ, więc piło się tam Warkę i Żywca. Swego czasu na kranie dołączył do nich Murphy’s. Spróbowałem i z miejsca ochrzciłem tego typu piwo wodnistym płynem o smaku popielniczki. Dziś byłbym zachwycony, gdyby każdy randomowy bar z parasolami GŻ lub KP miał na kranie irlandzkiego stouta.

Od tamtej pory jako konsument przebyłem długą drogę. W międzyczasie dry stout stał się jednym z moich ulubionych rodzajów piwa i dlatego ubolewam nad jego nikłą reprezentacją na polskim rynku. Ostatnio z radością powitałem wieść, że Profesja wypuszcza klasycznego dry stouta o nazwie Latarnik. Co z tego, jeśli przebiegłem się po paru sklepach specjalistycznych i nigdzie go nie dostałem? Reszta oferty? Cumowe z Browaru Spółdzielczego, Liberty z Widawy czy ostatnio Dry Knight z Dzikiego Wschodu chmielone są amerykańskimi chmielami, co już zmienia charakter piwa. Ringo Stout z Hopium jest przyzwoity, ale niedostępny w butelkach. Ostatnio piwo w tym stylu wypuścił browar Waszczukowe w serii pod nazwą Klasyka Waszczuków. Ale umówmy się, 14-balingowy dry stout z klasyką niewiele ma wspólnego. Poza tym na rynku posucha (nie liczę całkiem niewielkich browarów o słabej dystrybucji).

Oto jakie są, według mnie, tego przyczyny.

Guinness monopolizuje skojarzenia

Dla przeciętnego konsumenta, który raczej nie posługuje się nazwami piwnych stylów, dry stout to po prostu Guinness. Czyli zagraniczny produkt o całkiem solidnej jakości, który przez lata piwnej (i nie tylko) siermięgi urósł do rangi towaru luksusowego. Pijacz koncernowych lagerów może i chętnie by się go napił, ale może nawet nie mieć świadomości, że to naprawdę nie jest jakieś drogie piwo. Z kolei naturalne skojarzenie dry stoutu z Guinnessem (być może nie jest to jeszcze coś na zasadzie nazywania każdych butów sportowych adidasami, ale chyba ku temu zmierza) zniechęca mniejszych producentów do rywalizowania z potężną marką. Dość powiedzieć, że nie dotyczy to tylko piw rzemieślniczych, bo nawet Murphy’s nie jest w Polsce jakoś świetnie dostępny. Inaczej jest choćby w weizenach. Kanonicznym przykładem tego stylu jest Paulaner, ale może on tylko pomarzyć o pozycji Guinnessa. Polacy polubili pszeniczniaki i naprawdę mają w czym wybierać.

Trunek zakorzeniony w Irlandii

Czesi potrafili umiędzynarodowić swojego pilsa. Dziś jest to styl na tyle powszechny (by nie rzec plebejski), że sprawdza się na całym świecie. Nie odbiega aż tak bardzo od masowych piwnych przyzwyczajeń. Doszło do tego, że nazwą pils posługują się Leżajsk czy Perła. Nie ma się co oburzać, bo polscy rzemieślnicy dają temu odpór. Pinta, Trzech Kumpli, Birbant, Widawa, Raduga, Brokreacja, Łańcut, Nepomucen – wszyscy oni (i nie tylko) mają pilsy w ofercie, bo jest to styl bliski nam kulturowo. Na dry stoucie wciąż ciąży odium irlandzkości. Można się go napić 17 marca albo na wycieczce w Dublinie, ale żeby tak na co dzień?

dry stout
A Dzień Świętego Patryka uczciłem takimi piwami…

Piwo słabe i wodniste

To, co dla mnie jest jedną z podstawowych zalet dry stoutu, wielu ludzi postrzega jako wadę. Jeśli ktoś gustuje w piwach niskoalkoholowych (a pojawia się ich coraz więcej), zwykły stout będzie dla niego za mocny. Jeśli ktoś lubi procenty, będzie dla niego za słaby. Przeszkadzać może wodnistość, ale powinniśmy nauczyć się ją doceniać zamiast traktować jako wadę (tak samo jak akceptujemy pewien poziom diacetylu w pilsach). Przecież dobry dry stout to jest idealne piwo, żeby ugasić pragnienie; wpaść do pubu i wypić duszkiem pół szklanki, zastanawiając się przy tym, co tak naprawdę chce się za chwilę degustować. I w tym może tkwić część problemu, bo wiele osób będzie miało opory, by kwotę właściwą piwom rzemieślniczym przeznaczyć na trunek, który momentalnie znika ze szkła.

Ostoja konserwatyzmu

Ci, którzy świat piw rzemieślniczych poznali już dość dobrze, mogą uważać dry stout za styl zwyczajnie nudny. O ile IPA czy berlinery to są style, z którymi można eksperymentować ile wlezie, szaleć z dodatkami, zaskakiwać i zaciekawiać konsumenta, tak dry stout jest stylem, z którym nic nie da się zrobić. Sam w sobie nie może zaoferować ekstremalnych doznań sensorycznych. Dodatki? Owszem, zdarzają się w FES-ach i RIS-ach. Na eksperymenty w dry stoucie nikt się nie porywa. Jest to styl do bólu konserwatywny, a więc w pewnym sensie niesprzedawalny na takim rynku jak polski, który jak żaden inny bazuje nowościach, eksperymentach czy wręcz wynaturzeniach.

Swoje smakuje lepiej

Nie jest tajemnicą, że dry stout to piwo szczególnie wdzięczne z punktu widzenia piwowarstwa domowego. Zapewne wielu piwowarów na tym stylu stawiało swoje pierwsze kroki. Po co więc kupować, skoro można zrobić samemu? Z takiego założenia wychodzi pewnie część warzących w domu.

Z butelki to nie to samo

Wiadomo, że na nasz odbiór piwa wpływają też okoliczności, w których je pijemy. Dlatego pils najlepiej smakuje w czeskiej gospodzie, a dry stout w klasycznym irlandzkim pubie. W tym drugim przypadku liczy się jednak nie tylko miejsce, ale także sposób podania. Piwo z pompy gwarantuje aksamitną fakturę i cudowną pianę. Nawet najlepszy zabutelkowany dry stout tego nie zapewni. To właśnie po wypiciu stouta z pompy (chyba był to nawet Guinness) z pubie Dubliner w Göteborgu stałem się przed laty sympatykiem tego stylu.

Kiedy zebrać to wszystko do kupy, dojdziemy do konkluzji, że browary w Polsce nie robią dry stoutów, bo Polacy ich nie piją. Polacy natomiast nie piją dry stoutów, ponieważ browary w Polce ich nie robią. Koło się zamyka i raczej nie daje nadziei na to, by sytuacja kiedyś się zmieniła. Tym większy szacunek dla Profesji (a w pewnym stopniu też dla Waszczuków i Dzikiego Wschodu) za to, że ostatnio zdecydowali się pójść tą mało popularną drogą.

3 Replies to “Dry stout – ubogi krewny w piwnej rodzinie”

  1. Latarnik wszedł do stałego asortymentu Profesji, w związku z czym jest on dostępny praktycznie cały czas w ofercie browaru.
    Rozlew najnowszej warki już w tym tygodniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *